sobota, 11 kwietnia 2015

Wspomnienie siódme

- Szlaban, Caroline.
Mogę powiedzieć, że to pierwsze słowa rodziców po tym, jak odpowiedziałam im na pytania związane z moim zdrowiem. Kiedy weszliśmy zmoknięci z Andreasem, do domu oni stali już w drzwiach z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Nie wyglądali na zadowolonych, ale gdy mnie zobaczyli całą i zdrową, ich spojrzenia odrobinę złagodniały. Nakarmili, ogrzali i wysłali do pokoju jakbym nadal była nastolatką, a nie dorosłą kobietą. Na dodatek zabronili mi wychodzić z domu oraz przyjmować gości.
Andi mówi, że to nie pierwszy raz, kiedy mam zakaz wychodzenia z domu. Podobno przynajmniej kilka razy na tydzień wracałam później, niż mówiłam. Jak widać, to się nie zmieniło. Nadal lubię uciekać bez uprzedzenia z domu.
Cały czas pamiętam minę Wellingera, gdy zobaczył mnie w tym centrum handlowym, z czerwoną twarzą i oczami opuchniętymi od płaczu. Wyglądał jakby sam cierpiał z tego samego powodu. Mocno mnie do siebie przytulił i pocałował w czoło. Poczułam się jak mała dziewczynka w objęciach swojego taty. Dotykając, równie przemoczonej jak moje rzeczy, bluzy blondyna czułam się bezpiecznie. Nie było to jednak spowodowane tym samym miękkim dotykiem materiału, a samą obecnością chłopaka.
Gdy uspokoiłam się, zaprowadził mnie do swojego auta. Objął mnie ramieniem, usiłując chronić przed kapiącym deszczem. Otworzył mi drzwi od samochodu, po czym sam wsiadł. Włączył ogrzewanie i rzucił dla poprawienia mi humoru:
- Będziesz mi płacić za mandaty, które załapałem jadąc do ciebie.
Zaśmiałam się, a Andreas zadowolony ruszył.
Nie wiem jakim cudem skoczek dotarł do mnie w trzy godziny, bo podróż do Ruhpolding zajęła nam pięć godzin, a sama podróż pociągiem zabrała siedem godzin. Może przyczyniła się do tego prędkość z jaką prowadził. Tak czy inaczej, byłam mu niezmiernie wdzięczna. Albo byłam do momentu, gdy zasnęłam.
A teraz siedzę na łóżku w swoim pokoju i wyglądam przez okno. Nie ma nic ciekawego. Widzę ogromne drzewo rosnące tuż obok mojego okna i nic więcej. Przenoszę wzrok na komodę i znajdujący się na niej telefon.
Biorę go do ręki i patrzę na niedawno dodany numer. Widzę zieloną słuchawkę, która pozwoli mi znowu usłyszeć jego głos. Głos Erika Durma - celu mojej wyprawy do Dortmundu.
Po chwili zastanowienia klikam na znaczek. Przykładam telefon do ucha i modlę się, aby Julia nie pomyliła się co do numeru.
Na szczęście, tak nie jest i po chwili słyszę głos piłkarza:
- Halo?
Przez chwilę milczę, uśmiechając się na sam dźwięk.
- Erik? - po drugiej stronie cisza. - To ja, Caroline. - słyszę jak wypuszcza powoli powietrze.
- Myślałem, że to jakaś natrętna fanka. - parska śmiechem. - Tak dawno się nie widzieliśmy, Caroline. - mówi, dziwnie wymawiając moje imię. Tak z uczuciem.
- To prawda. Nawet byłam w Dortmundzie, ale - urywam, przymykając na chwilę oczy. - nie było ciebie.
- Trzeba było zadzwonić! - gani mnie Erik, ale wiem, że się uśmiecha. - Czyli dobrze słyszałem, że już wyszłaś ze szpitala.
- Tak... Od kogo?
- Od Andiego. - odpowiada, po czym zapada cisza. On ma jego numer i mi go nie podał, ale w sumie go nie pytałam. - Jak ręka? - pyta.
- Lepiej. Teraz mam już usztywnienie. - mówię, spoglądając na nią. - Wpadniesz kiedyś? - zadaję mu pytanie z lekką nadzieją, że powie "tak".
- Postaram się. - odpowiada wymijająco, czuję to. Od razu mija mi ochota na dalszą rozmowę. On też coś ukrywa. "Miałaś zacząć wszystko od nowa" - w głowie pojawia mi się zdanie wypowiedziane przez Andiego. No właśnie. Po to jechałam do Dortmundu. Na szczerą rozmowę.
- Erik, musimy porozmawiać. - oznajmiam mu, usiłując go zmusić do szybkiego przyjazdu.
- Wiem. - odpowiada i ciężko wzdycha. - Przyjadę najszybciej jak będę mógł, obiecuję.
- Mam nadzieję. - mówię zrezygnowana i żegnam się z nim.
Rzucam telefon na łóżko i sama z niego wstaję. Otwieram okno wpuszczając do pokoju świeże powietrze, po czym z powrotem się kładę. Chętnie wyszłabym na zewnątrz, choćby dla spotkania Andreasa. Jednak szlaban, to szlaban i muszę siedzieć w swoim pokoju. Znowu czuję pustkę w środku, na myśl, że nie spotkam się z Wellim.
Zamykam oczy i usiłuję zasnąć, ale wiem, że to raczej niemożliwe. A skutecznie mi to utrudnia wołanie zza okna. Niezadowolona wstaję i podchodzę do szyby. Nic jednak nowego nie widzę. I już chcę odejść, ale widzę jak mały kamień uderza w okno. Otwieram je i wychylam się. Od razu zauważam Wellingera pod oknem.
- No w końcu, księżniczko! - wita się ze mną, na co wybucham śmiechem. Klęka na jedno kolano i wyciąga rękę do mnie. - Roszpunko, spuść swoje włosy.
- Andi, co ty odwalasz? - pytam go, poważnie się zastanawiając nad jego trzeźwością.
- Wszystko psujesz! - odpowiada Andreas, wstając od razu. - W szafie masz drabinkę dla mnie.
- Skąd... - chcę się zapytać, skąd wie, ale dochodzę do wniosku, że to wątek, którego jeszcze nie wiem. Zamiast tego podchodzę do szafy i ją otwieram. Pochylam się i szukam wspomnianej drabinki, ale jest pustka. Jeszcze raz przeczesuję dno szafy, ale nic takiego nie znajduję. - Nie ma! - informuję go, gdy do niego wracam.
- Jak to nie ma? - dziwi się blondyn, ale szybko sam sobie dopowiada. - Dowiedzieli się. No trudno, poradzimy sobie. - mruczy, podchodząc do drzewa.
- Cholera, Wellinger, co ty robisz? - pytam się go z przerażeniem. Mam nadzieję, że rodzice nas nie słyszą, ale to chyba jest moje najmniejsza obawa.
- Jak widać, wchodzę na to. - pokazuje na drzewo. - Liczę na to, że wejdę do ciebie cały, bo inaczej Schuster* mnie zabije, a zaraz potem ciebie.
Nawet teraz żartuje, gdy wspina się po korze na gałęzie. Nieźle wymyślił, trzeba przyznać. Jedna gruba gałąź znajduje się tuż obok mojego okna. Jak nie uda mu się nie spaść, to chyba będzie cud.
I dzieje się tak. Wdrapuje się na szczyt i trzymając się gałęzi wyżej idzie po tej grubej. Jest na prawdę skupiony, ale co się dziwić. Jak spadnie to nie będzie za fajnie.
Gdy jest już blisko mojego okna, wychylam się, aby mu pomóc z wejściem do środka. Łapie moją dłoń i wchodzi przez okno do mojego pokoju.
Dopiero wtedy mogę wypuścić powietrze i wybuchnąć śmiechem. Welli do mnie dołącza. Nie możemy przestać się śmiać, ale to chyba jest reakcja na ten stres, który był podczas wchodzenia po drzewie.
Szybko jednak milkniemy, bo słyszymy jak ktoś wchodzi po schodach na górę. Nerwowo rozglądam się za poszukiwaniem kryjówki dla Andreasa. I ją znajduję.
- Pod łóżko, szybko! - mówię szeptem do Andiego. Widzę u niego niemy sprzeciw, ale słucha się mnie i wczołguje się pod łóżko. Ja za to, szybko siadam na nim biorąc do ręki telefon i udaję, że coś na nim robię.
Do pokoju ktoś puka, po czym wchodzi. Jest to mama. Spinam się, gdy przeczesuje wzrokiem pokój. Nie widząc niczego podejrzanego, oznajmia:
- Jedziemy z tatą na zakupy. Chcesz coś?
- Nie. - staram się, aby mój głos brzmiał normalnie. W myślach już odliczam sekundy do wyjścia mojej rodzicielki. I w końcu przestaję, bo tak się dzieje. Zostajemy z Wellim sami w domu.
Chłopak szybko wyczołguje się spod łóżka i robi zbolała minę. Ja za to uśmiecham się cwaniacko.
- Gdybyś przyszedł kilkanaście minut później, spokojnie mógłbyś wejść przez drzwi, nie narażając swojego życie. - mówię mu tą wspaniałą wiadomość, za co dostaję pięścią w ramię od Wellingera.
- Musimy pogadać. - oznajmia po chwili milczenia. Wypowiada te same, a przynajmniej o tym samym znaczeniu, słowa, które powiedziałam Durmowi.
- O czym?
- O Eriku. - czemu nie chciał ze mną pogadać po wydarzeniach na placu? Może z tego samego powodu, co ja, czyli nie chciał do tego wracać.
- Dobra. - odpowiadam niepewnie.
- Chyba chcesz wiedzieć, jak się poznaliście? - pyta, na co kiwam głową. Bierze mnie za rękę i prowadzi zdziwioną na dwór.
Stajemy przy płocie i wychylamy się przez niego. Naprzeciwko, jak i obok nas znajdują się domki jednorodzinne. Andi pokazuje mi na dom po prawej, który jest po drugiej stronie.
Jest żółtego koloru, z bordowym dachem. Wokół znajduje się ogród i mogę dostrzec część bramki wystającą zza tył budynku.
Kolejny obraz jak element układanki staje mi przed oczami.
Staję przed lustrem. Moja kremowa, letnia sukienka, sięgająca do kolan, ponownie znajduje się na mnie. Tak dawno jej nie ubierałam, ale dzisiaj jest wyjątkowa okazja, a po za tym jest upał na dworze.
Przeczesuję palcami włosy, które pozostają w artystycznym nieładzie i schodzę na dół w balerinkach.
Razem z rodzicami kierujemy się do nowych sąsiadów - Durmów. Przeprowadzili się z Moguncji do Ruhpolding w tym tygodniu, więc moi wspaniałomyślni opiekunowie postanowili przywitać nowych sąsiadów.
Mama niesie świeżo upieczony sernik, a tata schłodzone wino w eleganckiej torebce. Ja zaciskam palce na materiale. Państwo Durm, poza tym, że mają uroczy domek, to mają też syna w moim wieku. I to jest powód, dla którego się stresuje, choć Andi mówi, że bez powodu. Zawsze mam jego, jak powiedział mi pewnego razu.
Moja rodzicielka dzwoni do drzwi, które po chwili się otwierają i staje w nich pani Durm. Wita nas wszystkich i zaprasza do środka. Po chwili poznajemy pana domu, który zaprasza nas na grilla za domem.
Wychodząc na dwór zauważam bramkę i piłki na trawie. Podejrzewam, że te rzeczy należą do syna i nie mylę się, bo gospodyni potwierdza moje domysły oznajmiając, że ich pociecha jest piłkarzem.
Siadamy przy stole. Rodzice już zawzięcie rozmawiają z sąsiadami, a ja z nerwów przekładam z dłoni do dłoni szklankę. Już chcę zapytać do toaletę, gdy z domu wypada zziajany blondyn.
Jego policzki są zaróżowione, włosy w nieładzie, a oddech urywany. Siada tuż obok mnie, najpierw witając się z dorosłymi, a potem przenosi swój wzrok na mnie. Dostrzegam zaciekawienie w jego błękitnych tęczówkach.
- Jestem Erik. - wyciąga do mnie dłoń, którą ujmuje i całuje. Jestem zszokowana.
- Caroline. - odpowiadam zmieszana, patrząc na rodziców. Wydają się być pod wrażeniem tego gestu.
Wkrótce wszyscy jemy smakołyki z grilla i rozmawiamy o szkole. Państwo Durm pytają mnie jak sobie radzę, a ja odpowiadam, że nieźle.
- Tylko, że musi codziennie iść na pieszo. - dodaje moja mama, według mnie, zupełnie niepotrzebnie.
- To świetnie się składa! - cieszy się mama Erika. - Erik zrobił niedawno prawo jazdy i dostał od nas auto, więc może podwozić Caroline do szkoły.
Erik uśmiecha się do mnie słodko, a ja odwzajemniam ten gest, siląc się na niewielki uśmiech.
Mrugam oczami z niedowierzania, że tak szybko odblokowałam to w swoim umyśle, na co Andreas się uśmiecha. On wie, że sobie przypomniałam.
- Oni nadal tam mieszkają? - nie muszę mówić kto, bo on doskonale wie.
- Rodzice - tak, Erik - nie, jak już wiesz. - odpowiada Welli i z powrotem kieruje się do domu. Patrzę na niego zdziwiona. - No co? To nie koniec historii, a dopiero początek. Chyba po to pojechałaś do Erika?
Jak on mnie dobrze zna.
__________________________________________________
*Werner Schuster - trener reprezentacji Niemiec w skokach narciarskich.
O wiele lepszy od poprzedniego - nie uważacie? Jest Andi (nawiasem mówiąc - bardzo mi się podoba ta scena z drzewem) i Erik, jako retrospekcja i rzeczywistość. Co prawda wcześniej miał krótko przystrzyżone włosy, ale na potrzeby opowiadania pomińmy ten fakt.
Postanowiłam dać teraz wątek z Durmem, bo jak go zobaczyłam pierwszy raz w tym roku na boisku, to po prostu musiałam! Swoją drogą - bardzo dobry mecz w zastępstwie za Piszczka (wracaj mistrzu!).
Nie rozpisuję się, bo wiem, że nikt tego nie czyta, więc do zobaczenia za tydzień!

niedziela, 5 kwietnia 2015

Wspomnienie szóste

Nazajutrz staję na przystanku busa jadącego do Monachium. Na dworze jest dość ciepło, więc mam na sobie bluzę z kapturem, a pod spodem koszulkę na krótki rękaw. Dżinsy dopełniają ten komplet.
Mimo, że stoję na przystanku, myślami jestem gdzie indziej. Cały czas rozmyślam o wczorajszym spotkaniu z Andreasem. O niedoszłym pocałunku, dziwnych wyjaśnieniach Wellingera i jego złości. To właśnie przez to spędziłam bezsenną noc. Ilekroć zmieniałam bok, ciągle miałam przed oczami błękitne tęczówki blondyna. Nawet teraz nie mogę wymazać tego wspomnienia. Prześladuje mnie i sprawia, że już tęsknię za Andim.
Gdy punktualnie przyjeżdża pojazd, wsiadam do niego bez wahania, pokazując kierowcy bilet. Znajduję wolne miejsce, zgłaśniam muzykę lecącą ze słuchawek i zamykam oczy. Jednak nie sprawia to, że nie czuję winy. To ja o siódmej rano "uciekłam" z domu zostawiając na blacie w kuchni informacje na temat godziny powrotu na kartce. I czuję się z tym podle, ale usiłuję to zagłuszyć dźwiękami muzyki.
Po dotarciu do Monachium, kieruję się na pociąg jadący na zachód Niemiec. Nie obchodzi się bez pomocy mieszkańców stolicy Bawarii, ale w końcu docieram do celu. Po drodze mijam grupkę kibiców Bayernu, którzy idą w przeciwną stronę. Domyślam się, że kierują się na stadion, ale mało mnie to interesuje. Gdyby to była Borussia, to tak zwróciłabym uwagę, ale Bayern? Andreas byłby wniebowzięty.
Czemu o nim cały czas myślę? Pytam samą siebie patrząc na zbliżający się pociąg.
Bo ci na nim zależy. Odpowiada głos w mojej głowie, ale ignoruje go i wsiadam do środka.
Mało nie brakowało, abyś uległa mu. Głos nadal mnie prześladuje, nie dając za wygraną. W drodze do wolnego miejsca to zdanie chodzi mi po głowie. Gdy w końcu siadam, czuję się fatalnie.
Poczucie winy tylko się nasiliło, tęsknota za bliskimi daje o sobie znać dwa razy mocniej, a to jedno zdanie cały czas brzmi od nowa w mojej głowie. W jednej chwili chcę krzyknąć "Stop", wysiąść i zawrócić, ale z drugiej jadę pociągiem w określonym celu. A mój cel jest przede mną. Nieubłagalnie z każdą sekundą się do mnie zbliża, a ja z każdą chwilą co raz bardziej czuję się zagubiona.
Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy co ja robię. Nie przemyślałam tego, że mogę się zgubić, wsiąść do złego pociągu, nie mieć wystarczająco pieniędzy na powrót. Kierowałam się tylko jedną myślą. Aby choć trochę zrozumieć wczorajszy dzień, a nawet część przeszłości.
A teraz jadę na zachód Niemiec wcale nie wiedząc co mnie tam czeka. I to mnie najbardziej martwi.
Z moich rozmyślań wyrywa mnie głos kobiety informującej o czasie dojazdu do celu. Mojego celu. Rozglądam się po przedziale, ale wszyscy siedzą spokojnie skupieni na sobie. Gdyby ktoś chociaż uśmiechnął się pocieszająco do mnie, poczułabym się o wiele lepiej. Ale nic takiego się nie dzieje i nadal tkwię w swoich myślach.
Z ponurą twarzą mijam pierwsze budynki miasta. Przeważnie są to obiekty związane z przemysłem, ale trafiają się zwykłe domy. Widzę również pierwszych mieszkańców. Jak w każdym innym mieście biegną w swoje strony ignorując wszystko dookoła.
Po chwili czuję jak pociąg zwalnia a pasażerowie się zbierają. Podążam ich śladem, choć nie mam czego zbierać. Prędzej powinnam uporządkować moje myśli niż rzeczy. Nie mam żadnej walizki ze sobą, a jedynym moim bagażem jest torba na ramię, wygrzebana z jakiejś szafy.
Gdy pojazd się zatrzymuje na peronie, zwlekam się z wyjściem z niego. Znowu przez głowę przechodzi mi myśl powrotu do domu. Przeprosiłabym rodziców, Andreasa, zapomniała o wczorajszym spotkaniu z nim i wszystko byłoby po staremu. Jednak nie mogę zawrócić. Nie w tym momencie, bo jestem bardzo blisko celu. Więc wychodzę pewnym krokiem z pociągu i staję na chodniku w centrum Dortmundu.
Pierwsze co mi się rzuca w oczy to duży tłum na peronie jadący w przeciwną stronę niż mój. Jest to o tyle dziwne, bo nie widziałam w trakcie mojej podróży tylu ludzi czekający na jeden pociąg. Szybko jednak wyrzucam z głowy ten widok, bo przyjechałam tu w innym celu. Idę do kiosku i kupuję plan miasta. Gdy trzymam go już w ręku, wyciągam małą karteczkę z adresem i szukam go na mapie. Z triumfem znajduję go na krańcach planu. Sprawdzam czy jest to duża odległość od miejsca, w którym się znajduję i szukam wzrokiem taksówki.
Na szczęście znajduję ją postawioną na końcu ulicy. Dość szybkim krokiem podchodzę, jakbym się bała, że ucieknie mi sprzed nosa. Nic takiego się nie dzieje, a ja śmieję się ze swoich myśli. Kierowca jest miły i po podaniu mu adresu, od razu ruszamy. W radiu leci muzyka, która trochę mnie rozluźnia. Próbuję skupić się na tekście i jego sensie, ale nie rozumiem go. Po chwili dochodzę do wniosku, że jest w obcym języku.
Wsłuchując się w dźwięki melodii, wyglądam przez okno. Widzę same nowoczesne budynki, które szybko mijam. Uchylam okno w samochodzie i wyciągam rękę. Czuję chłodny powiew powietrza, ale jest to przyjemne uczucie. Po chwili go wyciągam i przykładam dłoń do rozgrzanego policzka. Przynosi mi to ulgę. Jednak szybko ona mija, bo palce przestają być przyjemnie ciepłe, a auto się zatrzymuje.
- Co się stało? - pytam zachrypniętym głosem mężczyznę.
- Korki, jak zwykle o tej porze. Choć dzisiaj powinny być mniejsze. - odpowiada bębniąc palcami w kierownicę w rytm muzyki.
- Dlaczego?
- Dużo osób kończy pracę o tej godzinie i wraca do domu. A przez to, że są tu długie światła dla pieszych tworzy się korek. Dodatkowo sprawę utrudniają kibice.
- Czemu? - pytam zaciekawiona zerkając na zegarek. Jest czternasta w sobotę i zaczynam rozumieć.
- Oni o tej porze jadą na stadion, a że jest ich dość sporo, to tworzą dodatkowy ruch, czyli dłuższy korek. Na szczęście dzisiaj będzie trochę krócej. - oznajmia kierowca, w tym samym czasie, gdy kończy się korek i ruszamy.
- Dlaczego krócej? - zadaję mu pytanie z niepokojem.
- Dzisiaj tutejsza drużyna, czyli Borussia Dortmund, gra na wyjeździe z Bayernem w Monachium. Mam nadzieję, że wygra, bo Bayern nie jest ostatnio w formie, a oni... - zaczyna swój monolog mężczyzna, ale ja już go nie słucham. Przyjechałam tu bez sensu.
To jedno zdanie tkwi w mojej głowie i uparcie nie chce z niej wyjść. Irytacja pojawia się po chwili. Nie po to jechałam taki kawał drogi, aby teraz wracać z niczym.
- Przepraszam. - przerywam wypowiedź kierowcy. - Może mnie pan tutaj wysadzić? - wskazuję na centrum handlowe znajdujące się kilka przecznic dalej.
- Oczywiście. - odpowiada i zawozi mnie pod wskazane miejsce.
Po zapłaceniu taksówkarzowi, staję ponownie na dortmundzkiej ziemi. Przyjechałam tu bez sensu. Przyjechałam tu bez...
- Dosyć! - mówię cicho sama do siebie. Zerkam na boki, sprawdzając czy nikt nie zobaczył tego. Na szczęście, nikt nie zwraca uwagi na brunetkę stojącą po środku chodnika. Oddycham z ulgą.
Patrzę na centrum handlowe znajdujące się przede mną. Nie wahając się ani chwilę, kieruję się w tym kierunku. Sama nie wiem, po co tam idę. Może, żeby się schronić przed ciemnymi chmurami, zbierające się nad Dortmundem lub żeby zająć czymś innym myśli.
Przebywam pół drogi od zaplanowanej, gdy słyszę swoje imię z naprzeciwka. Staję na moment i się rozglądam. Po chwili widzę czarnowłosą dziewczynę mojego wzrostu, która idzie prosto do mnie i przytula mnie jak Andi kilkanaście dni temu.
- Caro! Jak cieszę się, że cię widzę! - mówi szczęśliwym głosem dziewczyna. - Nie wiedziałam, że już wyszłaś ze szpitala... - urywa na chwilę, patrząc uważnie na mnie. Chyba widzi lekkie zdziwienie na mojej twarzy, ale komentuje tego. - W sumie niewiele wiem o twoim pobycie w szpitalu.
- To może dlatego nie wiesz, że niczego nie pamiętam. - silę się na niewielki uśmiech. Teraz to ja widzę szok na jej twarzy, co mnie nie widzi.
- To ja, Julia. - przedstawia się z nadzieją, że pamiętam, ale ja tylko kręcę przecząco głową. - Razem gramy w drużynie piłki ręcznej w tym właśnie mieście. - pokazuje ręką na otoczenie.
- Wiem, że grałam w ręczną. - odpowiadam ze spokojem. - Znasz może Erika?
- No jasne. - mówi Julia i uśmiecha się mocno, co mi się nie podoba.
- Masz jego numer? - pytam, piorunując ją wzrokiem. To mi przypomina, że sama mam telefon przy sobie. 
Dyskretnie do wyjmuję i patrzę na powiadomienia. Dziesięć nieodebranych połączeń od rodziców i piętnaście od Andreasa. Nie jest dobrze. Powiedziałabym, że jest fatalnie, bo już oczami wyobraźni widzę reprymendę, jaką dostanę od rodziców.
- No jasne. - odpowiada, nie przestając się uśmiechać, co mnie jeszcze bardziej irytuje. Podaje mi numer, a ja go zapisuję na kartce. Zapada pomiędzy nami niezręczna cisza, którą przerywa czarnowłosa, oznajmująca mi, że musi wracać do domu. Żegnam się z nią i zostaję sama pośród tłumu przemieszczających się ludzi. Szukam wolnej ławki, po czym na niej siadam i ukrywam twarz w dłoniach.

- Caroline! - woła mnie blondyn, na co się odwracam z uśmiechem. - Bordowa czy granatowa? - pyta zerkając na koszule trzymane w rękach. Siadam na pobliskim pufie i się zastanawiam.
- Chyba bordowa. - odpowiadam po chwili wahania.
- Okay, to wezmę granatową. - oznajmia, uśmiechając się do mnie chytrze.
- Andi, ty dupku! - śmieję się, podczas gdy Wellinger rzuca mi bordową odzieżą we mnie. Patrzę na niego spode łba, ale odnoszę ją na miejsce.
- Ale co ty miałabyś za życie, bez takiego dupka jak ja. - zarzuca mi swoją rękę na szyję i razem kierujemy się do kasy.

Wcale nie wiem, czy to jest moje wyobrażenie czy też retrospekcja, tego co było kilka lat temu. Widzę piętnastoletnich przyjaciół wygłupiających się w przebieralni, a nie parę dorosłych ludzi bawiących się na placu zabaw dla dzieci. Jednak łączy ich ta sama dziecinność. Ciężko wzdycham, wracając do rzeczywistości.
Julia ma gdzie wracać do domu. A ja? Ruhpolding jest oddalone o setki kilometrów od Dortmundu. Jest w zupełnie innej części Niemiec, w innymi landzie. Zanim wsiądę do pociągu, zanim dojadę będzie wieczór, a nawet noc. Po raz kolejny raz uświadamiam sobie, że ta wycieczka to był błąd. Taka moja głupia zachcianka. Nie poinformowałam nikogo, bo myślałam, że sobie poradzę z tym wszystkim. Błąd, Caroline. Mogłam chociaż pojechać z Andreasem. Nie, bo to głównie on sprawił, że tu się znalazłam. W obcym mieście, tak daleko położonym od Wellingera. Błąd, Caroline.
Cały dzisiejszy dzień to seria błędów. Zaczynając od wymknięcia się z domu, kończąc na samotnym siedzeniu na ławce przed centrum handlowym. A teraz do tego doszedł brak parasolki, gdy czuję grube krople wody na skórze. Staram się to ignorować od czasu, gdy zaczyna niemiłosiernie lać. Biegnę z całych sił do centrum, ale i tak jestem cała przemoczona, gdy docieram do środka. Kieruję się do toalety, powstrzymując się od płaczu. Jedyne, co teraz chcę, to porządnie się wypłakać.
Otwieram drzwi i wchodzę do środka. Patrzę w lustro, obserwując swoje przemoczone włosy i ubranie. Na widok tego nie wytrzymuję. Wybucham płaczem, ignorując kobiety znajdujące się w kabinach. Rozglądam się za papierem do rąk, ale widzę tylko suszarki. Prycham i szukam w torebce chusteczek, choć wiem, że ich nie zabrałam.
Obserwuję jak nieznajoma blondynka podaje mi chusteczkę, za co jej dziękuję lekkim uśmiechem. Wycieram oczy i wydmuchuję nos. Wyciągam telefon i drżącymi rękoma szukam tego jednego numeru. Po chwili wahania wybieram go, a gdy słyszę głos po drugiej stronie, mówię tylko:
- Andi.
I ponownie wybucham płaczem.

Cały ten rozdział to jeden, wielki niewypał. Nie wyszedł mi, więc krytyka jak najbardziej zasłużona. Nie dość, że z poślizgiem, to jeszcze takiej słabej jakości. Przepraszam i obiecuję poprawę w następnym rozdziale! Mało w nim Andreasa i Erika, ale tu chciałam się skupić na Caroline. Nie wyszło mi, niestety i przepraszam znowu...
Jeśli ktoś jeszcze nie zajrzał to zapraszam - moje nowe opowiadanie, a na nim już prolog! Mile widziane opinie w postaci komentarzy.

PS Moje spóźnione życzenia Andi z powodu zmiany statusu z singla na w związku - szczęścia, kochany!

sobota, 28 marca 2015

Wspomnienie piąte

Od naszego przyjazdu minął tydzień, a ja nadal nie mogę się pogodzić z tym stanem rzeczy. Z dala od Erika, jego uśmiechu i pewności siebie. Mam dziwną pustkę w sercu i nie wiem czym mogłabym ją zapełnić.
Często myślę, czym ten dom się różni od szpitala. Okay, jest bogatszy w kolory, mam własny pokój i łazienkę w jednym. Nie muszę leżeć obok kroplówki, która powoduje u mnie odruchy wymiotne, nie jestem pod stałą obserwacją. Jednak na każdym kroku widzę, jak wszyscy zachowują się tak, jak pielęgniarki w szpitalu. Traktują mnie jak osobę niepełnosprawną fizycznie, nie umysłowo. Ciągle widzę moją nadopiekuńczą mamę, wiecznie pytającego tatę "Potrzebujesz czegoś?" oraz Andreasa, który na szczęście nie zmienił się w ogóle. Nie zmienia to jednak faktu, że nie odczuwam dużej różnicy pomiędzy tymi miejscami.
A najgorsza jest prawda. Prawda, którą skrywają wszyscy domownicy. Ukryta prawda, niepokojąca najbardziej. Wcale nie wiesz czy jest ona dobra czy zła. Żyjesz tylko złudzeniami jakie ci inni sprawiają, czyli "Wszystko okay, Caroline. Odpoczywaj.".
To właśnie główny powód mojego zamknięcia się w sobie. Praktycznie nie rozmawiam z rodzicami, a jeśli już to tylko na najistotniejsze tematy. Choć boli mnie to, nie pokazuje im tego. Po co? Znowu mnie obejdą pustymi słowami, a ja tego nie chcę. Chcę prawdy. Nawet tej najgorszej.
Jedyną osobą, z którą chętnie rozmawiam jest Welli. On jako jedyny powoduje uśmiech na mojej twarzy. Potrafi mnie rozśmieszyć do łez, ale też wysłuchać moich narzekań na zakazu rodziców, typu nie wychodź na dwór, nie przemęczaj się. I choć on też ukrywa to samo, co rodzice, to staram się to ignorować. Próbuje być moim przyjacielem, a ja jego. Tak jak przez kilkanaście minionych lat, powiedział mi Andi.
Skoczek odwiedza mnie prawie codziennie, co umożliwia mi chwilowe zapomnienie o Eriku. Często oprowadza mnie po Ruhpolding pokazując przedszkole, podstawówkę, gimnazjum, liceum, skocznię, boisko od nogi tutejszej drużyny i wiele innych rzeczy. Z każdym miejscem opowiada mi zupełnie inną, niepokrewną od poprzedniej historię. O tym to jak wagarowaliśmy na każdym niemieckim przez całą pierwszą klasę w liceum, zrobiliśmy pierwsze graffiti na murach prowadzących do szkoły, wylądowaliśmy po raz pierwszy na dywaniku u dyrektora a przede wszystkim o mnie. Jaka byłam, z kim się przyjaźniłam, kogo nienawidziłam, którego z nauczycieli unikałam, a którego nie... Szczerze, nie pamiętam połowy z nazwisk i rzeczy, ale nie wspominam chłopakowi o tym, bo by się na mnie obraził. A on jest moją jedyną rozrywką.
Nie zmienia to jednak faktu, że tęsknię za Durmem. Czasami szukam po kanałach choćby jednej wzmianki o Borussii i o nim. I nie wiadomo ile razy bym szukała, to jestem pewna, że nie usłyszę niczego odkrywczego. Zamiast tego czekam na jakikolwiek znak od piłkarza. Nawet najkrótsze "Ok" zadowoliłoby mnie. A tak żyję w niepewności. Z każdym dniem wydaje mi się jakby Erik Durm, obrońca Borussii Dortmund, był tylko marnym wyobrażeniem czy też snem.
Muszę się jednak pogodzić z takim stanem rzeczy, jaki jest. Zacząć żyć rzeczywistością, a nie wspomnieniami. Mam ich mało i powinnam je zdobywać. Jak kolejny poziom w grze, jak podsumował Andreas. I może to banalne porównanie, ale jak najbardziej trafne. Tyle, że poziom trudności z każdym poziome się podnosi, a u mnie jest ciągle taki sam. W komputerowym świecie masz pokazane krok po kroku, a u mnie nic takiego nie ma. Są tylko wskazówki, ale czasami i one nie pomagają. A wtedy pozostaje nadzieja.
Gdy po raz kolejny do mojego pokoju puka mama, nie muszę się jej pytać o co chodzi. Po prostu wiem, że zwykle o piętnastej przychodzi Andreas. Nie mówię nic, tylko nakładam na siebie czarną bluzę z kapturem i wychodzę z pomieszcdziewczynkaa dole zastaję nonszalancko opartego o framugę drzwi wejściowych Wellingera. Kwituję tą pozę lekkim uśmiechem, po czym wychodzimy na świeże, rześkie powietrze. Kierujemy się w kierunku centrum miasta. Kompletnie nie wiem, gdzie idziemy, ale ufam mu. Prowadzi mnie bocznymi ścieżkami. Czasami pokazuje mi niektóre obiekty, które jego zdaniem zasługują na uwagę. Stare boisko piłki nożnej, hala sportowa, domy sąsiadów, których nie lubiłam, to tylko kilka z nich. Jednak większą uwagę przykuwa coś innego.
Jest identyczny jak ten ze zdjęć i wspomnień. Jest zjeżdżalnia, piaskownica, boisko, a przede wszystkim huśtawki. Moja żółta huśtawka. Ta sama, może nieco wyblakła, ale jest w tym samym miejscu. Siedzi na niej mała dziewczynka, która podobnie jak ja w dzieciństwie, buja się wysoko wyciągając rączkę w kierunku nieba. Natomiast na zjeżdżalni siedzi obrażony chłopczyk spoglądający na kolegów na boisku. Na ławkach siedzą kobiety, niektóre z wózkami i rozmawiają ze sobą, od czasu do czasu zerkając na dzieci.
Nie namyślając się długo łapię za rękę Andreasa, który patrzy w zupełnie innym kierunku i ciągnę go w kierunku placu zabaw. Patrzy na mnie ze zdziwieniem, ale też lekkim zdenerwowaniem. Lekceważę ten wzrok i nadal idziemy w tym samym kierunku. 
Gdy dochodzimy do bramki, puszczam jego dłoń i nie czekając na Andiego, wchodzę do środka. Kieruję się na pustą huśtawkę szybkim krokiem, jakby ktoś chciał mi ją zabrać. Nie oglądam się za siebie, tylko uparcie brnę do przodu. Z zadowoleniem siadam na siodełku i z całych sił się odpycham.
Czuję jak czas staje w miejscu. Powoli unoszę się do góry wyciągając dłoń do białych chmur na błękitnym niebie. Gdy opadam z powrotem w dół przymykam oczy rozkoszując się tą chwilą, wolnością w powietrzu. Będąc już przy ziemi czuję dłonie na moich biodrach, które mnie odpychają ponownie do góry. Nie muszę otwierać oczów, aby wiedzieć, że to Andi. Cały czas jest przy mnie, podczas gdy ja unoszę się i opadam.
- Caro, może już starczy? - śmieje się Andreas, a ja kręcę przecząco głową. Chcę jak najdłużej być w takim błogim stanie.
Wellinger wzdycha i nadal mnie odpycha, co jest przyjemne, bo moje nogi mogą być w bezwładzie. Czuję się jak ta dziewczynka z wspomnień odpychana przez tatę. Mam wrażenie jakby żadne problemy czy smutki mnie nie dotyczyły. Jakbyśmy byli tylko ja i Welli.
Po dłuższym czasie stwierdzam, że mam dość. Schodzę z huśtawki i zerkam przelotnie na blondyna. Wpatruje się we mnie oczekująco, a ja ruchem głowy pokazuję mu zjeżdżalnie i sama idę w tym kierunku. Wiem, że nadal stoi w miejscu, dlatego staję i odwracam się do niego. Kręci ze zrezygnowaniem głową, ale podąża za mną.
- Skompromitujemy się, Caroline! - oznajmia, gdy wchodzę po drabince na górę. Zatrzymuję się i patrzę na niego.
- Ty już skompromitowałeś się w dzieciństwie. - rzucam mając przed oczami ucieczkę Wellingera, gdy go uderzyłam. - No chodź, wstydzioszku! - wołam będąc na górze. Patrzy na mnie spode łba, ale podąża za mną.
Gdy znajduje się na górze, łapie mnie za nadgarstek i ciągnie w kierunku samej zjeżdżalni. Każe mi usiąść na niej, po czym sam za mną siada obejmując mnie w pasie. Czuję jego oddech na swojej szyi i jest to przyjemne uczucie 
- Gotowa? - pyta skoczek, a ja kiwam głową. Odpycha się i zjeżdżamy w dół śmiejąc się ze swojej dziecinności. Czuję lekki powiew we włosach, ale szybko to mija, bo sama zjeżdżalnia jest krótka. Chwilę później lądujemy na trawniku płacząc ze śmiechu. Andi przygniata mnie swoim ciałem, przez co nie mogę w pełni oddychać. Widzę tylko jego błękitne tęczówki, które zdają się pochłaniać mnie wzrokiem. Jednak dziwniejszy jest fakt, że jego oczy zbliżają się do mnie.
- Andi, co ty robisz? - cicho mówię, gdy odgarnia kosmyki włosów z mojej twarzy. Uśmiecha się, ale nie tak jak wcześniej. Tak kusząco, seksownie? Nie umiem tego stwierdzić.
Uśmiecha się do mnie.
Zrobić coś czy zostać w tej samej pozycji.
Czuję jego usta na swoich i wydaję z siebie jęk rozkoszy.
Słyszę jego równomierny oddech, może nieco przyśpieszony.
Zanurza dłoń w moich włosach, a ja zarzucam ręce na jego szyję,
Caroline, myśl!
Oplatam go nogami pogłębiając pocałunek.
Zerkam na bok, ale widzę tylko las znajdujący się za placem zabaw.
Słyszę jak szepcze ciche "Kocham Cię"
 - Andreas! - usiłuję się wydostać spod jego ciała. Gdy to nie pomaga, uderzam go pięścią w pierś. Jęczy, ale odsuwa się ode mnie. Widząc moją reakcję, jego oczy wyrażają strach. Jednak nie obchodzi mnie to. - Co to miało być? Wszystko pamiętam! - rzucam oskarżycielsko w jego stronę. Unosi ręce do góry w geście kapitulacji.
- Obiecałem Erikowi, że się nie dowiesz. - wzdycha spuszczając wzrok na ziemię. - Miałaś zacząć wszystko od nowa.
- O czym ty mówisz? Chodzi mi o nas! - przerywam mu, podkreślając ostatnie słowo.
- Jakich nas, Caro? Nas nie ma. Jesteście tylko ty i Erik. - usiłuje mi wyjaśnić. Widzę, że jest zagubiony po moich słowach. A ja co mam powiedzieć? To ja próbuję sobie wszystko przypomnieć, nie on!
- Słucham? Jaki Erik? To nie on mnie całował na tym parku zabaw pod tym drzewem. - wskazuje w kierunku ławek, za którymi rosną drzewa. - To nie on sprawił, że odwzajemniłam ten pocałunek. - dodaję cicho. To nie on sprawił, że zrobiło mi się cieplej na sercu, dopowiadam w myślach.
- Cholera, to był jeden raz! Jeden, nic nie znaczący dla ciebie raz, Caroline! - unosi się Wellinger, a ja otwieram usta ze zdziwienia. - To nie ze mną, ale z Erikiem powinnaś teraz być! Nie ze mną, rozumiesz?
- Dla...dlaczego? - jąkam się widząc jego wybuch złości.
- Złamałem obietnicę. - mruczy pod nosem nadal zły blondyn, po czym mówi trochę głośniej. - Wracajmy już. - proponuje chowając ręce do kieszeni bluzy i rusza w kierunku wyjścia. Ani razu nie spogląda na mnie, a ja chcąc, nie chcąc muszę iść za nim, bo nie znam drogi do domu.
- Wiesz co, Wellinger? - pytam go, gdy go doganiam. - Mylisz się.
- W czym?
- Że nic to dla mnie nie znaczyło. - wypowiadam te słowa, zanim gryzę się w język. Szybko go wyprzedzam zostawiając go nieco z tyłu. Mam czas, żeby zastanowić się nad tą całą, dziwną sytuacją. Ale prawda jest taka, że nic nie rozumiem z tego. Słowa Andiego brzmiały jak w obcym języku, ale jedno jest pewne.
Muszę szybko odkryć prawdę.

Miało wyjść inaczej. Ten wątek miał być później. I nie wiem co z tym zrobię. Pomimo tego jestem dość zadowolona z tego rozdziału. Mam nadzieję, że wy też w podobnym stopniu.
Skoki się skończyły, więc zostało czekanie jeszcze 125 dni do LGP. Ktoś się wybiera do Wisły?

Aleksandra Nowek - Pod twoim komentarzem do poprzedniego posta (za co ci ogromnie dziękuję!) zadałam ci pytania dotyczące Meczu Gwiazd, ale już nie potrzebuję tych informacji :")

wtorek, 17 marca 2015

Wspomnienie czwarte

- Karton?
- Jest.
- Zdjęcia?
- Są.
- Rodzice?
- Czekają za drzwiami, Caro. - wzdycha blondyn siadając na łóżku. 
Ostatni raz jestem w tej sali, w tym szpitalu (mam nadzieję). To właśnie dzisiaj wychodzę na wolność. Rodzice zaoferowali mi mieszkanie u siebie a ja tą ofertę przyjęłam, dopóki nie zamieszkam sama. A Andreas się sam wpakował w tą całą "przeprowadzkę", więc mógłby przestać wzdychać. Może dzisiaj Dzień Dobroci Dla Ludzi Z Amnezją? Wcale bym się nie zdziwiła.
Ganię Wellingera wzrokiem, gdy zauważam, że siedzi na poskładanej pościeli. Unosi brew, ale ja nie spuszczam z niego spojrzenia.
- No co? - pyta wzruszając ramionami. - Siedzieć mi zabronisz? - uśmiecha się złośliwie.
- Wellinger! - krzyczę na niego zduszonym głosem. Gdybym uniosła się bardziej, dostalibyśmy reprymendę od pielęgniarek. - Siedzisz na poskładanej pościeli, głupku! - syczę do Andreasa. Nie pasuje mi, gdy ktoś psuje czyjś wysiłek.
Zbliżam się do niego i próbuję go zrzucić z łóżka. Jest to o tyle trudne, bo mam sprawną tylko jedną rękę. Oczywiście moje próby są bez efektów, a Andi tylko się cicho śmieje. Łapie mnie za zdrową rękę i opuszcza w dół. Jego dłoń zjeżdża do moich palców, ale zanim zdążę zareagować, puszcza ją i wstaje.
- Chodź, bo twoi rodzice po raz tysięczny mnie zabiją wzrokiem. - śmieje się Andreas biorąc do ręki karton z rzeczami. Dziwię się jego słowom, bo ani razu nie robili tego w szpitalu. Może poza nim, a może...
- Caroline!
...a może jeszcze wcześniej. Zanim wszystko zapomniałam.
- Idziesz czy nie? - pyta skoczek tupiąc niecierpliwie nogą.
Kręcę głową siadając na łóżku i ręką zapraszam go, aby ze mną usiadł. Zdziwiony patrzy to na mnie, to na drzwi. Wygląda jakby podejmował bardzo trudną decyzję, ale ostatecznie siada obok mnie.
- Jeszcze jeden mord mi nie zaszkodzi. - mruczy już nie siadając na pościeli. Parskam śmiechem.
- Andreas... - zaczynam, a on natychmiast poważnieje. Jego pełnego imienia używa się bardzo rzadko i tylko w sytuacjach kryzysowych. - Czemu mi nic nie powiedziałeś jak się poznaliśmy? - nie słyszę odpowiedzi. - To na placu zabaw, prawda? - kiwa lekko głową.
Czekam, aż odezwie się choć jednym słowem do mnie, ale on milczy myśląc intensywnie. Wiem to, bo znowu śmiesznie marszczy brwi. Robi to, gdy na prawdę nad czymś się zastanawia, a nie jak udaje, co zdarza mu się często.
W końcu odzywa się, ale jest to prawie szept:
- Uznałem to za nieistotne. - mówi, a ja przez chwilę jestem zdezorientowana. Dopiero po chwili rozumiem, że odpowiada na moje pytanie. Nie naciskam, tylko czekam na dalszą część. - Tak, to było na tym placu zabaw. Widziałem cię prawie codziennie rozpoczynając od dnia, w którym pierwszy raz przyszłaś. Od razu pobiegłaś na tą huśtawkę, podczas gdy ja byłem z moimi kolegami.
- Bandą. - poprawiam go, przypominając sobie słowa Lisy. Tak, nazwała ich "Bandą Andreasa".
- Tak, tak, byliśmy bandą. - uśmiecha się lekko i zerka przez okno, po czym kontynuuje. - Poznaliśmy się kilka miesięcy później. Wiesz, gdy bawiłyście się w tej piaskownicy codziennie, to nam nie przeszkadzałyście. - widząc moje nieme oburzenie, na jego twarz wkrada się uśmiech. - Ale pewnego dnia poszłyście na zjeżdżalnię. Pamiętasz? Wchodziło się na taki domek a potem siadało się na górze i zjeżdżało. Zawsze tam byliśmy. No dobra, czasami ma boisku od nogi. W każdym razie byłyście tam zanim my byliśmy. Było to o tyle dziwne, bo nigdy tu nie przychodziłyście. Może to przez nas? No nieważne. Gdy zauważyliśmy, że nasza zjeżdżalnia jest zajęta, postanowiliśmy coś zrobić z tym problemem. Wszedłem do piaskownicy szukając waszych łopatek i wiaderek. Chciałem wam je zabrać, ale zmieniłem moje zamiary, gdy zauważyłem zamek z piasku. Nie zastanawiając się długo rozwaliłem go. - kończy tą część opowieści Andreas, ale nie kontynuuje, bo do pokoju wparowuje moja mama.
- Co wy tu jeszcze robicie? - pyta krzyżując ręce na piersi. Patrzę na blondyna i odpowiadam:
- Rozmawiamy. Dasz nam pięć minut?
Patrzy na nas, ale po chwili kieruje się do wyjścia rzucając:
- Wy i te dorosłe sprawy.
Andi parska śmiechem, a ja przeszywam go wzrokiem. Gdy słyszymy cichy dźwięk zamkniętych drzwi, skoczek chce kontynuować, ale to ja się odzywam:
- Czy ja ci przywaliłam w twarz? - pytam poważnie, a on krzywi się na moment. Po chwili kiwa nieznacznie głową, przez co uśmiecham się. - Pamiętam. - dodaję, a wtedy Wellinger robi coś niespodziewanego.
Najzwyczajniej w świecie mnie tuli do siebie tak, że bez wysiłku mogę wskazać malutkie plamy od jedzenia na koszulce. Na dodatek białej.
Jest to tak miłe i jednocześnie tak nowe dla mnie, że zamieram i nie kładę rąk na jego plecach, tylko trzymam przy sobie. Jednak Welli tego nie zauważa lub ignoruje ten fakt i nadal trzyma mnie w tym uścisku. Dopiero po chwili ostrożnie dotykam jego pleców.
Po chwili mnie puszcza i z iskierkami w oczach prosi o więcej szczegółów, jakby nie znał tej historii. Wzdycham i sięgając do mojej dziurawej pamięci, próbuję to opowiedzieć z mojego punktu widzenia:
- Pamiętam, że weszłyśmy na tą zjeżdżalnię, bo nie było was i chciałyśmy z niej zjechać. To nie usprawiedliwiało ciebie do niszczenia naszego zamku! Myślałyśmy, że jesteście na boisku. Więc, gdy dokonałeś destrukcji efektu naszej pracy, podeszłam do ciebie i...
- Dostałem w nos, pamiętam. - mruczy blondyn.
- Dokładnie. - mój uśmiech się poszerza. - Twoja "banda" - unoszę palce podkreślając ironię tego słowa. - wyśmiała cię i zachęcała, abyś mi oddał. Nie zrobiłeś tego, tylko naburmuszony poszedłeś do domu.
- Dziewczyn się nie bije. - oświadcza Andi. - Mama mi kazała wcześniej wrócić. - próbuje się tłumaczyć skoczek, ale widząc moją minę, zaprzestaje. Zamiast tego wstaje i łapie mnie za nadgarstek zdrowej ręki. - Chodźmy, bo już dawno minęło pięć minut i teoretycznie, dzięki twoim rodzicom, powinienem już być martwy.
Kiwam powoli głową, podczas gdy on mnie ciągnie za sobą. Ostatni raz patrzę na salę, w której spędziłam dwa tygodnie i wychodzę na korytarz białymi drzwiami. Zostawiam za sobą wszystkie smutki i troski, nastawiając się pozytywnie na przyszłość.


Gdy wsiadamy z Andreasem do auta, od razu ruszamy. Siadam z tyłu, za kierowcą, natomiast Wellinger z prawej strony. Moi rodzice pytają się go z grzeczności o skoki a potem zapada cisza pomiędzy nami.
W radiu leci szybka piosenka, a ja próbuję przy niej zasnąć. Nie wychodzi mi to. Zamiast tego zerkam na blondyna, który przegląda Facebooka na telefonie.
Okay, inaczej wyobrażałam sobie ten powrót.
Próbuję wzrokiem zwrócić na siebie uwagę, ale jest zbyt zapatrzony w ekran, aby zauważyć moje sygnały. Kaszlę znacząco, ale moje próby są nieskuteczne. Szturcham go pięścią w ramię. Patrzy na mnie przez chwilę i już mam nadzieję, że pomoże mi zabić nudę. Nie, on mruczy ciche "Nie przeszkadzaj".
Zirytowana odwracam się do okna i spoglądam na rzeczy, które mijam. Są to głównie lasy i samochody, czyli nic ciekawego. I gdy chcę odwrócić wzrok od okna widzę tablicę znajdującą się na przeciwnej trasie.
Jest to zwykła, niebieska tablica informująca o dystansie dzielącym do danego miasta. Chyba trzecia, która widzę odkąd ruszyliśmy. Normalnie zignorowałabym ją i usiłowała zasnąć. Jednak słowa zmuszają mnie do zatrzymania na niej wzroku.
Z pełnym niedowierzaniem czytam informację "Dortmund 750 km". Zatyka mnie. Najzwyczajniej w świecie nie mogę myśleć o niczym innym. Bo to oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze Erik jeździł taki kawał drogi dla mnie. Po drugie oddalamy się od Dortmundu. A jeśli tak się dzieje, to gdzie przebywałam przez te dwa tygodnie?
Biorę gwałtownie powietrze i zaciskam powieki. To niemożliwe, żeby mi o tym nie powiedzieli. Co to za tajemnica? Właśnie, żadna. Więc dlaczego mnie to niepokoi? Nie wiem.
Gdy otwieram oczy, widzę zatroskane spojrzenie Andreasa. Jego wzrok jest pytający, ale ja na razie nie zamierzam mu się zwierzać ze swoich przemyśleń. Muszę się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi.
- Gdzie jedziemy? - rzucam patrząc na rodziców. Oni natomiast zerkają nerwowo na siebie.
- Do domu, kochanie. - odpowiada łagodnie mama. Marszczę brwi.
- Gdzie dokładnie? - naciskam ją.
- Caro, uspokój się. - słyszę głos Wellingera, który postanowił się dołączyć do rozmowy. Zerkam na swoje zaciśnięte w pięści dłonie i rozluźniam je. Biorę głęboki oddech i kontynuuję:
- Gdzie znajduje się szpital, w którym przebywałam? Dlaczego mi nic nie powiedzieliście? Dokąd jedziemy? - zadaję mnóstwo pytań zupełnie jak małe dziecko ciekawe świata, ale ignoruję ten fakt. Wszyscy milczą i unikają mojego spojrzenia, co mnie jeszcze bardziej irytuje.
Siedzimy w ciszy przez kilka minut. Tata prowadzi skupiony na drodze, mama wygląda przez okno a Andi znowu gapi się w telefon. Widać jednak, że robi to z musu. Co oni ukrywają, do cholery? 
Ten stan rzeczy przerywa w końcu moja mama, która odwraca się w moim kierunku zbierając się do rozpoczęcia rozmowy. Ale nie mówi nic, bo wtedy w oczy rzuca mi się duży napis.
"Witamy w Ruhpolding*"
I Welli, i mama patrzą się na mnie w oczekiwaniu, a ja zamieram drugi raz w ciągu tej jazdy. W głowie mam tylko jedną myśl.
No nieźle.
__________________________________________________
*Ruhpolding - rodzinne miasto Andreasa Wellingera

Przepraszam, bo nie wyszedł ten rozdział po mojej myśli. Możecie to wspomnienie uznać za taki przejściowe, bo następne jest dużo lepsze (w trakcie pisania). To ja tylko podziękuję za te liczne komentarze i znikam.
Ktoś ze Szczecina lub okolic?

piątek, 6 marca 2015

Wspomnienie trzecie

Gdy się budzę, obok mnie nie ma Andreasa. Jest to o tyle dziwne, bo to on zawsze mi towarzyszy. Nieważne, że przeważnie gapi się w telefon.
Zamiast niego siedzi Erik. Przełykam ślinę. Nie był tu od kilku dni, ale nie zauważam zmian w jego wyglądzie. Nadal te same, przenikliwe, błękitne oczy, pełne usta, lekko zaróżowione policzki i blond włosy zaczesane na bok. Nie jest już ubrany w dres a w białą koszulkę opinającą jego muskulaturę i jasne, wytarte dżinsy.
Uśmiecha się na mój widok a ja mimowolnie odwzajemniam gest. Przeczesuje ręką włosy i pyta:
- Jak się czujesz?
- Dobrze. - odpowiadam zgodnie z prawdą. Co raz mniej odczuwam fakt, że nie mam na razie do dyspozycji prawej ręki. Zawsze mogę być leworęczna. Zamiast tego dodaję. - Brzuch już mnie nie boli a pielięgniarki rzadziej mi dają tabletki na głowę.
- To dobrze. - cieszy się i przymyka na chwilę oczy. Uśmiech mu na chwilę gaśnie, ale gdy z powrotem patrzy na mnie, kąciki ust skierowane są ku górze.
Durm jest inny niż Wellinger. Jest bardziej opanowany i łatwiej tłumi w sobie emocje. Mimo to tak często się uśmiecha, że wydaje się jakby smutek go nie dotyczył. Jednak wiem, że to nie prawda. Ukrywa coś skrywając to głęboko w sobie.
- Borussia wygrała? - pytam zmieniając temat.
Kiwa głową a jego oczy są pełne triumfu.
- Andi się obraził, bo "sfaulowałem" Lewego* w polu karnym. Po prostu chłopak się przewrócił zahaczając o moje nogi. - wzrusza ramionami Erik a ja parskam śmiechem. - Welli zawsze ma bulwersy, jak wiesz. - dodaje blondyn, niedostrzegalnie kręcąc głową. - Cały Andi.
Potakuję mu, bo w stu procentach się z nim zgadzam.
Zapada niezręczna cisza. Przerywa ją szelest torby, którą Erik niechcący trąca butem. Z miną olśnienia bierze ją do rąk i wyciąga z niej żółtą koszulkę. A dokładniej trykot Borussii Dortmund.
Podaje mi ją w milczeniu. Odwracam koszulkę na tył. Jest nazwisko "Schiller" i numer "37". Przejeżdżam opuszkami palców po śliskich literach i cyfrach. Dotykam materiału, który jest szorstki. Patrzę na metkę, na której jest rozmiar koszulki. Idealnie mój.
Gdy przenoszę wzrok na błękitne tęczówki blondyna, widzę zaciekawienie, choć pozostaje spokojny.
- To specjalnie dla mnie kupiłeś? - pytam nieśmiało.
Kręci głową i uśmiecha się lekko. Po raz kolejny podczas tego krótkiego spotkania.
- To twoja. Grałaś...grasz w piłkę ręczną. - poprawia się Erik. - Borussia Dortmund. - wskazuje na herb klubu. Przejeżdżam opuszkami palców po jego literach i cyfrach. - Rozgrywająca Borussii Dortmund, Caroline Schiller. - mówi cicho, ale słyszę to. Bardzo dobrze.
Uśmiecham się lekko.
- Gram w piłkę ręczną? - pytam z niedowierzaniem. Nie sądzę, abym interesowała się, a tym bardziej grała w ręczną!
- Teraz nie. - odpowiada Durm. Przenosi wzrok na mój gips. - Ręka musi wyzdrowieć. - dopowiada dyplomatycznym tonem.
- Ale ja nawet nie lubię piłki ręcznej! - oznajmiam mu z podniesionym głosem. - Tak mi się wydaje. - dodaje ciszej.
Blondyn nie komentuje mojej wypowiedzi, tylko sięga po karton i przez chwilę w nim grzebie. Widzę skupienie na jego twarzy. Śmiesznie marszczy brwi i zaciska usta.
Po chwili z triumfem wyciąga fotografię i mi ją podaje.
Stoję w bordowej koszulce i spodenkach trzymając wspólnie z Lisą puchar. W tle widzę boisko od piłki ręcznej, a raczej salę. Lisa w drugiej dłoni piłkę od ręcznej. Szczerzymy się mocno jakbyśmy wygrały coś więcej niż to trofeum. Ale jaki miałyśmy wtedy system wartości? Miałyśmy zaledwie 11 lat, gdy patrzę na datę. W lewym górnym rogu widzę palec fotografa co wywołuje uśmiech na mojej twarzy.
Po odłożeniu zdjęcia na stolik, Erik podaje mi następną fotografię. Jest to zdjęcie drużyny, jakie się robi zawsze na początek sezonu. Wszystkie zawodniczki mają żółto-czarne koszulki. Jedna z nich trzyma tabliczkę z napisem "2013/14". Mogę się domyślać, że niedawno zrobione. Ja stoję w środkowym rzędzie, niemal w środku. Włosy opadają mi w falach po obu stronach a na mojej twarzy widać lekkie rumieńce i szeroki uśmiech.
Nie, jednak stare. Ja tak teraz nie wyglądam. Chociaż...
- Kiedy zrobione? - pytam wskazując na fotografię. Milczy przez chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią.
- 10 miesięcy temu? - odpowiada z wahaniem.
- Stare. - rzucam i kładę drużynowe zdjęcie na stolik.
- Mogę przynieść nowsze. - proponuje Durm. Patrzę na niego z politowaniem.
- I co mi to da? - milczy. - Nic. To nie ja. - wyjaśniam. - Ja nie jestem nią. - kiwam głową w kierunku stolika. - I prawdopodobnie nie będę. Nie jestem tą radosną dziewczyną. Nawet nie próbuję. Muszę najpierw wszystko poukładać.
- Nie chcesz nawet spróbować? - piłkarz pyta mnie z niedowierzaniem. - Chcesz się poddać? Nie bez powodu się staramy z Andreasem! - podnosi lekko ton wypowiedzi, ale nie tak, aby ktoś go usłyszał z zewnątrz. - Staramy się, bo wierzemy, że kiedyś wróci część Caroline, którą... lubiliśmy. - ostatnie słowo wypowiada ciszej.
- Nie możecie się pogodzić z porażką? - zaczyna mnie irytować ten tok rozumowania.
- Nie. To ty chcesz się z nią pogodzić, bo nawet nie próbujesz. - odpowiada zirytowany Erik i chce coś dopowiedzieć, ale rozlega się muzyka.
Unoszę brwi, ale blondyn tylko wyciąga z kieszeni telefon i odbiera go. Zanim wychodzi, rzuca:
- Wrócimy do tej rozmowy.
Tak, tak, panie Durm. Będziesz drążył dopóki nie przyznam ci racji a ty nie uśmiechniesz się z triumfem. Za dobrze cię już znam, aby łatwo ulec Tobie.
Spoglądam przez drzwi i widzę, że blondyn uśmiecha się do telefonu. Podobnie jak za pierwszym razem. Trzyma rękę w kieszeni kiwając się na palcach do przodu.
Nie wiem, dlaczego go obserwuję. Może dla tego, że to jedyna dla mnie rozrywka w tej chwili. Jego uśmiech sprawia, że też się uśmiecham. Dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że nadal jestem tą samą smutną, bez życia Caroline. Może część mnie starej została?
Rozmawia może przez trzy minuty, ale w mojej aktualnej sytuacji to wieki. Nie lubię być sama i zmierzać się z moimi myślami. Jak to jest trudno się odnaleźć, przypomnieć sobie coś, uśmiechać się szczerze lub fałszywie do ludzi i wiele, wiele innych rzeczy.
Na koniec swojej rozmowy odwraca się do mnie, a z jego warg wykrzywionych w uśmiechu wyczytuję "Ja ciebie też". Jakby była to odpowiedź na "Kocham Cię". O boże!
Nie zdałam sobie sprawy, że może być w związku. Jest piłkarzem popularnego klubu. To oczywiste, że ma milion fanek i dziewczynę. To wyjaśniałoby, dlaczego tak rzadko go widuję. Nie dość, że mieszka w Dortmundzie, ma treningi i gra mecze, spędza czas ze swoją wybranką, to jeszcze do mnie przyjeżdża!
To gdzie tak właściwie jestem? Nigdy jakoś nie pytałam o to, ale wiem, że nadszedł czas, aby się dowiedzieć.
Na razie skupiam uwagę na blondynie, który wraca do mnie. Uśmiecham się lekko do niego, nieco złośliwie. Nie posłucham się go, nie posłucham się go, nie posłucham się...
- Nadal obstawiasz przy swoim? - przerywa chłopak moją mantrę. Kiwam głową z powagą. - Widzisz, wcześniej też byłaś uparta. - znowu widze ten triumfujący uśmiech na jego ustach. Cholera.
Milczę, podczas gdy Erik kontynuuje:
- Spójrz jeszcze raz na to zdjęcie. - wzdycham z irytacją. - Jeśli nie przypomnisz sobie niczego, to odpuszczę. - oznajmia a ja unoszę brew. Dziwią mnie jego słowa, ale zgadzam się na jego warunki.
Ponownie biorę do ręki zdjęcie i uporczywie mu się przypatruje. Znowu ja i Lisa, ponownie palec fotografa. Prycham.
- Co mam ci powiedzieć, oprócz tego, że jesteśmy tam ja z Lisą i palec Andiego? - mówię z poirytowaniem i zamieram. Patrzę na piłkarza, który czeka, aż kontynuuje. Skąd wiem, że to Andreas robił to zdjęcie? - Mówiłeś mi o tym? - pytam cicho.
Kręci przecząco głową, a jego oczy zachęcają mnie, abym kontynuowała. Ale ja nic nie pamiętam!
Patrzę na róg fotografii. To Andreas robił wtedy zdjęcie. Mama mu pozwoliła, a wtedy cieszył się jakby wygrał w totka. A potem uciekł z aparatem i pstrykał zdjęcia wszystkiemu co zobaczył. Miałyśmy ubaw, a matka Wellingera dała mu szlaban. Jednak zdjęcie wywołała i dała mi nazajutrz w imieniu blondyna.
Przypomniałam sobie.
- Wygrałeś. - mruczę nakładając na siebie kołdrę. Parska śmiechem, ale zaraz milknie. Wychylam nos i widzę jak skupiony czyta coś na ekranie telefonu. Po chwili wzdycha i obdarza mnie delikatnym uśmiechem.
- Przepraszam, muszę jechać. - mówi chowając do kieszeni telefon. - Trener mnie wzywa.
- Przecież dopiero czternasta... - zauważam i milknę. Zerkam podejrzliwie na Durma. - Gdzie ja jestem? - milczy i pochyla się w moim kierunku. - Erik, odpo... - końcówka zdania zostaje w gardle. Kompletnie o nim zapominam. Obserwuję twarz Erika, która jest kilkanaście centymetrów ode mnie. Widzę malutkie piegi na jego nosie.
- Do zobaczenia, Caroline. - składa pocałunek na moim policzku ocierając swój policzek o mój. Jest gładko ogolony. - Przyjadę za kilka dni. - oznajmia oddalając się ode mnie, a ja milczę zszokowana. Widzę jak zamykają się drzwi i mimowolnie dotykam opuszkami palców lewego policzka.
Pierwszy raz ktoś mnie całuje w policzek. Zwykle wszyscy trzymają się na dystans, ale nie on. Najrzadziej mnie odwiedza, ale jest najbardziej pewny siebie.
Marszczę brwi, bo widzę oczami wyobraźni kolejną scenę, prawdopodobnie z mojego życia.

Wchodzę do szatni i witam skinieniem głowy swoje koleżanki. Czekają w milczeniu, już przebrane. Nie pozostaję w tyle tylko ściągam bluzę przez głowę i nakładam trykot z numerem «37», który czeka na mnie na wieszaku. Pośpiesznie zdejmuje dżinsy i w dość szybkim tempie ubieram spodenki, getry i buty. Związuje w kitkę włosy łapiąc pod gumkę wszystkie kosmyki. Gładzę ręką wszystie nierówności i siadam. Patrzę na zegarek w telefonie. Już niedługo...
Zauważam esemesa od Erika. Uśmiecham się sama do siebie i otwieram wiadomość. Niecierpliwie stukam butami o podłogę czekając, aż się wiadomość załaduje. Niektóre dziewczyny na mnie zerkają przelotnie, a ja się rumienię. No tak, koncentrują się. Jednak szybko ignoruję je, bo wiadomość się otwiera.
«Będę trzymał za Was kciuki. Do zobaczenia po meczu.»
Rzucam telefon do torby, w tym samym momencie, gdy trener nas woła na salę. Wychodzę jako pierwsza z szatni, bo wiem, że wygramy to.
Już ja się o to postaram.
__________________________________________________
* Robert Lewandowski (inaczej Lewy) - napastnik Bayernu Monachium

Dodaję po dwu tygodniowej przerwie pełna weny i sił na to opowiadanie! Myślę, że rozdział jest w miarę długi i spodoba wam się. Dzisiaj trochę więcej Erika, bo nie może być sam Andreas. On też musi odpocząć :D
Dziękuję wszystkim z całego serca za te motywujące komentarze i mam nadzieję, że będzie ich jeszcze więcej!

niedziela, 22 lutego 2015

Wspomnienie drugie

Obserwuję jak ostatnia osoba z mojej rodziny opuszcza salę. Zostaję tylko ja i Andreas. A raczej ja i ciało Andiego, bo jego umysł jest zajęty lampieniem się w ekran telefonu. Uśmiecha się od czasu do czasu, klnie pod nosem a czasem po prostu marszczy brwi. Wzdycham i zamykam oczy.
Od mojego wybudzenia, czyli od tygodnia, przychodzi wiele osób, których imion ciągle nie mogę zapamiętać. Wiem jednak, że większość z nich to moja rodzina. Przynajmniej tak uważają, a ja im wierzę. Często też widzę Andreasa, Erika i Lisę. Ta ostatnia osoba jest krótko u mnie, ale dosyć często. Podaje się za moją przyjaciółkę a Wellinger to potwierdza. Podobno znamy się od małego i chodziłyśmy razem do szkoły. Ja, oczywiście, tego nie pamiętam.
Czasami Lisa przynosi różne rzeczy związane ze mną i z nią. Czasami są to zdjęcia a raz zeszyty, w których bazgrałyśmy, jak byłyśmy małe. Jednak fotografii jest znacznie więcej. Przedstawiają one różne okresy naszego dzieciństwa i dojrzewania. Jak kończyłyśmy podstawówkę, gimnazjum, liceum, wygrałyśmy szkolną olimpiadę sportową. Jedno zdjęcie jest jednak dla mnie wyjątkowe. Ja z moją przyjaciółką stoimy na piasku trzymając w rękach wiaderka oraz łopatki i uśmiechamy się do obiektywu szczerząc zęby. Widać u nas prawdziwe, niewinne uśmiechy i chyba to mnie najbardziej w tym urzeka. Na niektórych zdjęciach towarzyszy nam chłopak o blond włosach, błękitnych tęczówkach i szerokim uśmiechu. Gdy po raz pierwszy go zobaczyłam na zdjęciach, od razu wiedziałam, że to Andreas.
- Andreas. - odzywam się właśnie do niego, chłopca z fotografii. Unosi głowę znad telefonu. - Co ty tam robisz?
- Oglądam mecz. - odpowiada z powagą, ale jego oczy pozostają wesołe. - Borussia prowadzi z Bayernem. - dodaje gorzko.
Uśmiecham się triumfalnie.
Andi jest zagorzałym fanem Bayernu Monachium a Erik gra w Borussii Dortmund. Do tej pory ten pierwszy nie może się pogodzić z wyborem tego drugiego. Dostałam nawet zdjęcie małego Welliego w koszulce klubu stolicy Bawarii. Gdy mu je pokazałam, poprosił mnie o odbitkę. Twierdził, że może dzięki temu przyjmą go do oficjalnego fanklubu bawarskiej drużyny. Jego wywód skomentowałam salwą śmiechu, za co się na mnie śmiertelnie obraził. A wtedy się nauczyłam jednej rzeczy. Nigdy, ale to nigdy, nie naśmiewaj się z powyższego klubu ani z przywiązania do niego Andreasa.
- Gra Erik? - pytam, gdy znowu skupia się na meczu.
Kiwa głową, a kąciki jego ust unoszą się nieznacznie:
- Na razie jest niewidoczny na boisku jak śnieg na dworze.
- To było niemiłe, Andreas. - oznajmiam w tej samej chwili, gdy blondyn gwałtownie wstaje z krzesła. Unosi do góry ręce i głowę w podzięce dla kogoś. Domyślam się, że jego ukochana drużyna wyrównała i nie mylę się.
- Robben* wyrównał! - mówi podniesionym, ale podekscytowanym głosem.
Wszystko jest okay, gdyby nie fakt, że po chwili przychodzi zirytowana pielęgniarka i wygania z mojego pokoju młodego Wellingera, wschodzącą gwiazdę skoków narciarskich, pod pretekstem zakłócania ciszy. Wychodząc chłopak patrzy na mnie i nieznacznie mi macha na pożegnanie.
Zostaję sama.
Andreas Wellinger, jak dowiedziałam się trzy dni po obudzeniu się, jest skoczkiem narciarskim i całkiem dobrze mu idzie. Chwalił się nie raz, że jest najmłodszy w kadrze seniorskiej. Teraz, gdy jest wiosna a sezon się skończył, czeka na Letnie Grand Prix, czyli letnią wersję Pucharu Świata. A gdy nie ma skoków, to w całości oddaje się piłce nożnej jak dzisiaj.
Do teraz nie rozumiem co go fascynuje w tych całych skokach, ale wolę przemilczeć kwestię mojego gustu. Dla mnie to są faceci, lub kobiety, którzy narażają swoje zdrowie skacząc z ileś tam metrów nad ziemią z dwoma, drewnianymi deskami przypiętymi do nóg. Plus przyjmują nienaganną sylwetkę w locie jakby to miało im pomóc się nie zabić. Gratuluję pomysłu wymyślenia tego sportu.
Przymykam powieki usiłując zasnąć, ale bez skutku. Jestem rozbudzona i nie odpłynę do krainy Morfeusza przez następną godzinę. Pozostaje mi tylko zająć się czymś dopóki nie będę znużona.
Otwieram oczy i sięgam lewą ręką po mały karton, w którym znajdują się wszystkie rzeczy od Lisy. Podnoszę różne przedmioty i zdjęcia szukając tej jednej rzeczy. Z triumfem wyciągam fotografię. Znowu wpatruję się w dwie, uśmiechnięte dziewczynki: brunetkę i blondynkę. Obejmujemy się na tle placu zabaw. Stoimy w piaskownicy, a za nami znajdują się huśtawki. Dopiero teraz zauważam tam grupkę chłopców w tym samym wieku co ja i Lisa. Jestem niemal pewna, że za nimi jest zjeżdżalnia. Taka duża, czerwona, do której każde dziecko od razu podbiega po przyjściu na plac.
Wytrzeszczam oczy na tą myśl, ale nie jest ona domysłem a raczej wspomnieniem. I gdy już chcę odłożyć zdjęcie, widzę dokładnie tą samą scenę co na fotografii.

Idę wraz z mamą w stronę wejścia na plac zabaw jednocześnie trzymając ją za rękę. Jestem podekscytowana tym, że ponownie będę mogła się pobujać na tej huśtawce.
Chodzimy tu codziennie po przedszkolu, czyli od kiedy się wprowadziliśmy. Każdego dnia bujam się na tej samej żółtej huśtawce. Z kolejnym razem mam wrażenie, że jestem bliżej nieba. I tym razem, gdy jestem w powietrzu wyciągam rękę by go dosięgnąć. Jednak po chwili słyszę ostrzegawczy głos mamy:
- Caroline, trzymaj się dwiema rączkami sznurków!
Posłusznie opuszczam dłoń z powrotem łapiąc się linki. Gdy znajduję się blisko ziemi, zeskakuję z siodełka. Wtedy zauważam dziewczynkę bawiącą się w piaskownicy.
Widzę ją po raz pierwszy, jednak czuję rosnącą radość z faktu, że znalazłam pierwszą koleżankę w moim wieku. Podbiegam do mamy, biorę łopatkę oraz wiaderko i dołączam do niej. Siadam obok niej w piasku brudząc swoją błękitną sukienkę i wtedy mnie zauważa. Jej piwne wydają z siebie dziwny błysk, wąskie usta wykrzywiają się w szerokim uśmiechu a blond włosy lśnią w słońcu. Są bardzo jasne, niemal białe.
- Cześć! Jestem Lisa! - wita się ze mną wyciągając do mnie oblepioną piaskiem rękę. - Zrobimy razem babki z piasku? Takie wysokie aż do nieba! - pokazuje palcem na błękitne niebo
- Tak! - nie waham się w ogóle, tylko ściskam jej dłoń. - Mam na imię Caroline. Niedawno tu się wprowadziłam, a ty? - pytam nabierając piasek do wiaderka.
- Ja tu mieszkam od urodzenia. - oznajmia z lekką dumą w głosie. - Fajnie tu jest, ale chłopaki strasznie tu rozrabiają. - wskazuje na grupkę chłopców tłoczących się pod huśtawkami. Są w naszym wieku. - Czasami, gdy robię zamek z piasku, niszczą mi go! - kończy Lisa smutnym głosem.
Po wysłuchaniu jej historii, łapię ją za nadgarstek i pocieszam:
- Nie martw się. Razem obronimy twój zamek. - uśmiecham się do niej a ona mnie naśladuje.
Od tamtego dnia codziennie lepimy babki i bronimy zamki przed chłopakami.

Wstaję z łóżka i kieruję się do lustra znajdującego się w łazience. Czasami pielęgniarki pomagają mi z dojściem do tego pomieszczenia jakbym miała problemy z nogami.
Ja mam problem z głową, nie z nogami.
Rozglądam się na boki szukając jakiejkolwiek obecności pielęgniarek, lekarek, ale jest pusto. Wchodzę do środka zamykając cicho drzwi. Powoli podchodzę do lustra nie wiedząc czego się spodziewać.
Patrząc na zdjęcia widziałam siebie jako szczęśliwą nastolatkę o jasnej karnacji, pełnych ustach będące zawsze skierowane ku górze, ciekawe świata piwne oczy i lekkich rumieńcach na policzkach. Jednak nie widziałam siebie teraz, co mnie lekko przeraża. Za każdym razem przebywając w pokoju z lustrem, unikałam go jak ognia. Starałam się nie patrzeć w swoje odbicie i udawało mi się to.
Teraz czas to zmienić. Przenoszę wzrok z podłogi na lustro. Widzę dziewczynę o chorobliwie jasnej skórze, brązowych, lekko falowanych włosach sięgających do łopatek, pustych, pozbawionych błysku tęczówkach, spierzchniętych wargach i szczupłej sylwetce. Jest ubrana w nieskazitelnie białą koszulę a zamiast prawej ręki ma gips.
Wyglądam jak trup. Moja pierwsza myśl chyba idealnie opisuje mój wygląd fizyczny. Kompletnie nie pasuję do tej wesołej sześciolatki z mojego wspomnienia.
Dlaczego?
Gwałtownie odwracam się od swojego odbicia, ale napotykam wysoką blondynkę wpatrującą się prosto we mnie. Widząc mój wzrok lekko przechyla głowę na bok.
- Trochę makijażu i z powrotem będziesz przebojową Caroline. - oznajmia dziewczyna.
Unoszę kąciki ust ku górze.
- Cześć Lisa.
- Co ty tu robisz? Powinnaś odpoczywać. - pyta oburzona przyjaciółka.
Wzruszam ramionami.
- Poszłam się przejść. - wyjaśniam spokojnie kierując się do drzwi łazienki. Lisa podąża za mną. - Zwłaszcza po tym jak przeglądałam zdjęcia, na których wyglądam zupełnie inaczej. - przechodzę przez korytarz z powrotem do pokoju. - Co się zmieniło, Lisa? - pytam ponownie kładąc się na łóżku.
- To przez szpital. - odpowiada blondynka po dłuższej chwili. - Czasami wydaje mi się, że zabiera całą naszą pozytywną energię. Na pewno odzyskasz ją, gdy wyjdziesz z tego okropnego miejsca.
- Mam taką nadzieję, Lisa. - zgadzam się z nią. Po chwili zmieniam temat. - Pamiętasz to zdjęcia w piaskownicy? - kiwa głową. - Przypomniałam sobie. Pamiętam jak cię spotkałam i obiecałam, że obronimy zamki z piasku przed chłopakami.
- Przed bandą Andreasa. - poprawia mnie Lisa. Unoszę brew na co ona patrzy na mnie dziwnie. - Nie mówił ci o tym, że też się poznaliście na tym placu zabaw?

__________________________________________________
* Arjen Robben (inaczej Łysy z Bayernu) - pomocnik Bayernu Monachium

Wszystko u Was nadrobię, obiecuję, jak tylko wyzdrowieję. Na razie nie mam siły na nic oprócz dodania napisanego wcześniej rozdziału.
Dziękuję za te komentarze - wiele dla mnie znaczą! 

sobota, 7 lutego 2015

Wspomnienie pierwsze

Gdzie ja jestem?
Kim on jest?
To tylko dwa pytania z milionów, które gromadzą się w mojej głowie. I mam wrażenie jakby z każdą sekundą się kumulowały. A ja na żadne z nich nie znam odpowiedzi.
Obok mnie siedzi wysokiego wzrostu blondyn o intensywnie błękitnych oczach i włosach zaczesanych na bok. Ubrany jest w szarą bluzę i ciemne dżinsy. Marszczy lekko brwi widząc moje zachowanie. Nie znam go, ale nie mówię mu tego. Najpierw muszę się dowiedzieć gdzie jestem.
Rozglądam się po pomieszczeniu, które mnie przeraża.
Wszędzie jest biel.
Łóżko, prześcieradło, poduszka, szafka, ściana, sufit, podłoga, drzwi, światło. Wszystko jest nieskazitelnie białe. Oprócz blondyna, który się wyróżnia dzięki ciemnym barwom.
Gdzie ja jestem? Ponownie pytam samą siebie choć nie znam odpowiedzi. Jednak wiem kto może pomóc znaleźć rozwiązanie.
Nie wiem ile się w niego wpatruję, ale zauważa to. Unosi lekko brew a na jego twarzy majaczy się uśmiech. Biorę gwałtowny oddech z powodu dziwnych uczuć jakich w tej chwili doznaję i czuję ból w okolicach brzucha. Chcę się odruchowo za niego złapać, ale wyczuwam ciężar w mojej prawej ręce. Gips.
- Czy to jest... - zaczynam mówić w stronę chłopaka, ale nie kończę.
Nie lubię tego słowa. A jeszcze bardziej nie lubię przebywać w tym miejscu.
- Tak, to jest szpital, Caroline. - potwierdza moje podejrzenia blondyn przysuwając się z krzesłem do mnie.
Gdy wypowiada imię "Caroline" wcale nie jestem pewna czy mówił do mnie. Rozglądam się po sali szukając jakiejkolwiek dziewczyny, ale bez efektów.
Jesteśmy tylko my.
- Jak się czujesz? - pyta dotykając mojej dłoni, która natychmiast zabieram. W jego oczach widać zaskoczenie, ale nie komentuje tego.
- Wszystko mnie boli. - odpowiadam ostrożnie analizując każde wypowiedziane przeze mnie słowo.
- Po takim wypad... - mówi, ale w połowie przerywa. Słyszę jak mówi  ciche "Cholera".
Ciekawi mnie jego zachowanie a szczególnie urwane zdanie, ale nie pytam go o to. Zamiast zadaję pytanie, które siedzi mi w głowie od samego początku:
- Kim jesteś?
Mogłam się domyślić, że tak zareaguje.
Ale jesteś głupia, Caroline! O ile mam tak na imię.
Chłopak gwałtownie wstaje i odsuwa się ode mnie. Zaczyna chodzić po pokoju wyraźnie gestykulując rękoma jakby prowadził z kimś rozmowę. Jednak słyszę tylko kupę przekleństw.
Kiedy już tracę nadzieję na to, że mi odpowie, on ponownie siada koło mnie. Na jego twarzy maluje się ból.
I to mnie dobija, choć go nie znam i widzę go pierwszy raz.
- Jak to możliwe, Caro? - szepcze blondyn ukrywając w dłoniach swoją twarz.
- Przepraszam. - odpowiadam zgodnie z prawdą.
Na prawdę jest mi go żal.
- Nie przepraszaj mnie, proszę. Po prostu sobie przypomnij. To ja, Andi.
Przeszukuję w myślach to imię, ale bez skutku. Nie pamiętam go. A on nie wygląda jakby kłamał. Raczej wygląda na to, że to ja kłamię.
Tyle, że ja tego nie robię. Nawet nie próbuję.
- Panie Wellinger. - słyszę nazwisko chłopaka dochodzące z drzwi.
Stoi tam ładna blondynka ubrana w biały strój. 
Lekarka.
Nakrywam się szczelniej kołdrą.
Najbardziej nielubianą rzeczą po szpitalach są lekarze.
- Mówiłam panu godzinę temu, że to koniec wizyty. - unosi kąciki ust podchodząc do mojego łóżka. Bierze kartę i przegląda ją.
- Pacjentka się wybudziła. - informuje ją Andreas, jak mogłam się domyślić po zdrobnieniu, ale głosem bez emocji.
- W końcu! - cieszy się kobieta. - Dwa tygodnie na ciebie czekaliśmy. Wszyscy się o ciebie martwili, Caroline.
Jacy wszyscy?
Jest więcej takich Wellingerów?
Chłopak wstaje i zbliża się do lekarki. Zerka na jej plakietkę znajdującą się na piersi. Nie wiem czy patrzy tam z powodu krągłości kobiety czy nazwiska na karteczce.
- Pani Bieler. - zwraca się do niej zduszonym głosem. Wygląda jakby miał się zaraz rozpłakać. - Ona nic nie pamięta.
- Ach, nie wykluczaliśmy takiej opcji, ale wydawało nam się, że jest ona mało prawdopodobna. - odpiera pogodnie blondynka jednak widząc jego minę dodaje. - Z czasem sobie wszystko przypomni.
- Ile to zajmie?
- Parę miesięcy.
- Co?! - wybucha Andreas zaciskając dłonie w pięść. Po chwili opanowuje się i dopytuje spokojniejszym tonem - Jak?
- Podejrzewaliśmy lekkie wstrząśnięcie mózgu, ale było mało prawdopodobne, aby pacjentka straciła pamięć. To jednak chwilowy stan. Z czasem sobie przypomni. Wszystko zależy od niej samej. Może być to kilka miesięcy, ale też tygodni. Proszę być dobrej myśli.
Hello, ja tu jestem!
Mówią o mnie jakbym była powietrzem.
Może jednak byłam? W końcu nic nie pamiętam.
Odprowadzam wzrokiem blondynkę, która po kilku minutach wychodzi z sali. Nic mi nie dała, nie zrobiła, więc jest dobrze. Na razie.
Andreas milczy a ja nie naruszam ciszy panującej między nami. Zamiast tego patrzę przez szybę na korytarz, jak mi się wydaje. 
Stoi tam blondyn ubrany w żółtą bluzę i czarne spodnie dresowe. Wygląda jakby urwał się z treningu. Śmiesznie to wygląda zważając na to, że szpital to poważne, zwykle smutne miejsce. Rozmawia przez telefon chodząc w tą i z powrotem.
Nagle odwraca się w moją stronę i patrzy prosto na mnie. Jego oczy są równie błękitne jak Andreasa a jego włosy są zaczesane w podobny sposób. Ma pełne usta i lekko zaróżowione policzki. W tej chwili nie mówi nic do telefonu tylko mnie obserwuje.
I to mnie peszy.
Przenoszę wzrok na białe prześcieradło. Choć czuję cały czas na sobie jego spojrzenie udaję, że tego nie widzę. Zaraz przestanie, pocieszam samą siebie.
Gdy w końcu przestaję być obiektem jego obserwacji, słyszę dźwięk otwieranych drzwi. W tej chwili jedyne czego pragnę to ponowne pojawienie się lekarki. Może mi wszystko zrobić. Szczepionki, badania, wszystko. Byle tylko to była ona.
Ale to nie lekarka, tylko blondyn. Wchodzi szybkim krokiem do pomieszczenia i zmierza w moim kierunku. Na jego twarzy maluje się ulga, ale też niepewność.
Spoglądam ukradkiem na Wellingera, który widząc moje spojrzenie wstaje próbując zatrzymać chłopaka.
On jednak wymija go i siada na moim łóżku. Napinam się cała czekając na jego ruch.
- Caro, tak mi przykro... - wypowiada do mnie cztery słowa a ja słyszę najładniejszy głos jaki mogłabym usłyszeć. Momentalnie żałuję tego, co o nim myślałam.
- Erik, ona nas nie pamięta. - rzuca ostrzegawczo Andreas a Erik zamiera.
Otwiera usta chcąc coś powiedzieć, jednak szybko je zamyka. Patrzy to na Wellingera to na mnie a na jego twarzy maluje się niemałe zdziwienie. Nie dziwię mu się.
Sama bym już zwariowała.
Patrzę jak ściąga bluzę i kładzie ją na łóżku. Wygląda na zgrzanego. Następnie siada na skraju materaca pytając mnie wzrokiem o pozwolenie. Kiwam lekko głową posłusznie przesuwając nogi na bok. Andreas w tym czasie wygląda przez okno i wzdycha. Odwracam głowę w tym samym kierunku co on i widzę park.
Terytorium jest otoczone drzewami o zielonych liściach. W środku znajdują się alejki, które okalają niskie krzaki. Gdzieniegdzie znajdują się ławki. A pośrodku jest fontanna. To tam właśnie ludzie się na chwilę zatrzymują spoglądając no wodę. Musi być ciepło na dworze, bo chodzą w krótkch rękawach.
Jest lato.
- Brakuje ci zimy. - słyszę ponownie głos Erika, ale nie jest tym razem skierowany do mnie. Jednak odwracam wzrok od okna i spoglądam na blondynów.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - odpowiada zgaszonym głosem.
Chłopak siedzący na moim łóżku wstaje zrzucając na podłogę bluzę. Andreas parska śmiechem a ja pochylam się, aby mu pomóc choć wiem, że sobie poradzi.
Erik kuca chwytając ubranie i go podnosi. Nie zmieniam swojej pozycji i obserwuję jego ruchy. Czuje mój wzrok na sobie, ale lekceważy to i kładzie bluzę z powrotem na pościel. Wtedy to dostrzegam.
Mały żółty, znaczek, na którym wyhaftowane jest czarną nitką "BVB". Litera "V" jest nieco wyżej, ale nie wydaje mi się, aby to był błąd fabryczny. Pod napisem jest zero i dziewiątka tuż obok siebie.
Jestem niemal pewna, że widziałam to logo.
Skupiam się na przypomnieniu sobie i widzę to.

Blond czupryna falująca z każdym pokonanym krokiem.
Rumieńce na policzkach z wysiłku.
Żółta koszulka.
Czarne spodenki.
Równie czarne getry.
A na tych wszystkich ubraniach herb.
Herb Borussii Dortmund.

Mrugam szybko oczami.
Erik jak Andreas zauważają moje chwilowe osłupienie i przyglądają mi się w milczeniu. Na ich twarzach maluje się zdziwienie. Jednak ignoruje ich zachowanie i mówię nie dowierzając:
- Borussia Dortmund.
Pierwsza rzecz, którą sobie przypominam. I w tym momencie nie obchodzą mnie ich jeszcze bardziej zdziwione miny tylko radość jaka wypełnia mnie. Bo to mały kroczek do przodu. Coś, co pozwala mi lepiej patrzeć na przyszłość.

_________________________
Takie coś na początek. Dość długi rozdział (jak na mnie), więc powinnyście być zadowolone. Liczę na szczerą ocenę (w tym krytykę)!
Andi Wicemistrzem Świata Juniorów! Pozostaje tylko czekać na powrót na Puchar Świata i Mistrzostwa Świata (te seniorskie)!
*dumna*

PS Dzięki za te kilka komentarzy! Myślałam, że będzie zero przy tym krótkim prologu.